poniedziałek, 20 września 2021

Jak można by poprawić organizację PZŁ

 Wisi mi przyszłość Polskiego Związku Łowieckiego. Może przestać istnieć chociażby jutro, ale jeśliby nadal miał być on monopolistą w dopuszczaniu do wykonywania polowania, podpowiem coś ekipie rządowej. Wariant z Zarządem Głównym w roli głównej, z jednej strony – niby nadzorowanym przez Naczelną Radę Łowiecką i z uposażeniem łowczego krajowego przez nią ustalanym, w dodatku wypłacanym z kasy PZŁ, ale z drugiej – ze składem osobowym całkowicie zależnym wyłącznie od ministra, to się nie sprawdza. Wojenkom nie ma i nie będzie końca. Na jakąś zmianę trzeba się zdecydować. Można zlikwidować Krajowy Zjazd Delegatów (należało tak uczynić już 30 lat temu) i Naczelną Radę Łowiecką (tu bym się głęboko zastanowił), ale wówczas PZŁ stanie się już jawną agendą rządową, co w dłuższej perspektywie nie może wróżyć nic dobrego państwu PiS. Może się bowiem tak wydarzyć, że myśliwi w końcu przemówią jednym głosem, a to już niekoniecznie przypadłoby do gustu Naczelnikowi Państwa. Otwarcie jeszcze jednego frontu nie przysporzyłoby PiSowi nowych sympatyków. Wręcz przeciwnie. Wielu mogłoby się od nich odwrócić. Zatem, w przypadku ciągłego braku woli politycznej do opracowania i przeprowadzenia gruntownej reformy polskiego łowiectwa, być może należałoby:


1) zlikwidować Krajowy Zjazd Delegatów (to wyłącznie okresowo dość kosztowna atrapa władzy) i okręgowe zjazdy delegatów (podobnie),
2) dostosować organy terenowe PZŁ do podziału administracyjnego kraju, czyli ograniczyć liczbę okręgów do 16,
3) wzmocnić pozycję Naczelnej Rady Łowieckiej wobec Zarządu Głównego, ale jednocześnie ograniczając jej skład osobowy do 16 osób,
4) przywrócić okręgowe rady łowieckie, z liczbą członków pokrywającą się z liczbą powiatów i miast na prawach powiatu.

I co dalej?

5) NRŁ powoływałaby i odwoływałaby łowczego krajowego oraz pozostałych członków Zarządu Głównego,
6) okręgowe rady łowieckie powoływałyby i odwoływałyby łowczych okręgowych,
7) członków Naczelnej Rady Łowieckiej i okręgowych rad łowieckich wybieraliby, bez żadnego pośrednictwa, szarzy członkowie PZŁ, poprzez udział w demokratycznych, okręgowych wyborach. Niewykluczone, że poprzez internet.

No i rzecz równie ważna:

8) statut PZŁ nadawany w drodze rozporządzenia przez ministra właściwego do spraw środowiska.

Statut PZŁ uchwalany przez PZŁ, i byle jak zatwierdzany przez ministra czy w miarę normalnie przez sąd rejestrowy, ma (miałby) tyle wad, że głowa mała i długo by o tym pisać. Natomiast statut nadawany na drodze rozporządzenia ministra musiałby przejść cały proces legislacyjny, co mogłoby zaowocować całkiem poprawnymi regulacjami, a ponadto znacznie sprawniej niż dzisiaj, czy w przypadku statutu zatwierdzanego przez sąd rejestrowy, można by go nowelizować.

poniedziałek, 26 lipca 2021

Witold Daniłowicz w odpowiedzi swoim oponentom

 



Obrońcy modelA nie potrafią obojętnie przechodzić obok poglądów Witolda Daniłowicza. I słusznie :-). Ledwie w kwietniowym numerze Braci Łowieckiej ukazał się jego autorstwa tekst: „Pomagać kołom czy reformować łowiectwo?”, a już majowym numerze Łowca Polskiego, wierchuszka PZŁ, podpisując się: Roman Kowalczyk (równie dobrze mogła podpisać tekst: Jan Kowalski), nie kryjąc swojego oburzenia, ostro skrytykowała tezy zawarte w artykule. Użyła jednak starych, wyświechtanych argumentów, powtarzanych od przynajmniej dwóch dziesięcioleci. Charakterystyczne brzmienie propagandowej tuby PZŁ z czasów Lecha Blocha oraz Andrzeja i Pawła Gdulów, odczuwalne na kilometr. Trochę i my tu, na Łowieckim, podyskutowaliśmy dwa miesiące temu na ten temat. W czerwcowym numerze Braci Łowieckiej ukazał się z kolei tekst Janusza Szczepańskiego, zatytułowany: „Handel prawem do zabijania zwierząt”, nawiązujący do artykułu Witolda Daniłowicza. No i sobie pan Szczepański pokrytykował tezy pana Daniłowicza. Ba, gdyby ograniczył się tylko do takiej krytyki, przedstawiając lepsze jego zdaniem rozwiązania, byłoby pół biedy. On sobie jednak musiał poużywać także na krytyce samego autora, niejako wrzucając go do wspólnego worka – jak ich określił – „osób zainteresowanych posiadaniem prywatnych obwodów łowieckich”.


„Jak można sądzić po tekście »Pomagać kołom czy reformować łowiectwo?« Witolda Daniłowicza (BŁ 4/2021), ponownie mamy do czynienia ze wzrostem aktywności osób zainteresowanych posiadaniem prywatnych obwodów łowieckich. Sprzyjają temu obecny regres, zwłaszcza organizacyjny, łowiectwa w Polsce, a także pewne kłopoty związane z pandemią COVID-19. Nadarza się okazja, by załatwić swoje partykularne interesy. Propagatorzy wspomnianych idei to głównie osoby, które uwłaszczyły się na popegeerowskich gruntach i przyzwyczaiły się już do życia z ręką w cudzej kieszeni (symboliczne podatki, dopłaty, bezpłatny dostęp do opieki zdrowotnej, emerytury itp. - wszystkie te przywileje są finansowane z kieszeni innych podatników). Dlaczego by więc nie dołożyć jeszcze korzyści z eksploatacji zasobów zwierzyny? Według wspomnianych ludzi normalnością w polskim łowiectwie powinna być zasada, że prawo polowania należy do właściciela gruntu, czyli chcieliby tylnymi drzwiami i po cichu cofnąć pewne skutki reformy rolnej bez naruszania jej skutków zasadniczych.
[…]
Reasumując, kolejna grupa cwaniaków pod pretekstem nowelizacji Prawa łowieckiego chce się uwłaszczyć na majątku Skarbu Państwa i czerpać korzyści z eksploatacji tych zasobów”.


Jak łatwo zauważyć choćby na podstawie zacytowanego fragmentu, autor żywo przypomina czołowych propagatorów ery bluchowo–gdulowej, ale oto jajko–niespodzianka. Pan Janusz Szczepański bynajmniej nie okazuje się być klasycznym, zatwardziałym obrońcą modelA, bowiem zdaje sobie sprawę z jego licznych wad. Na swój sposób proponuje nawet rewolucję, tyle że w ograniczonych rozmiarach:

„Zmiany są nieodzowne, bo w przeciwnym razie czeka nas rozwiązanie, za którym opowiada się mec. Daniłowicz, czyli prywatyzacja łowiectwa łącznie z prywatyzacja lasów. Po pierwsze należy znieść obowiązek przynależności do jakiejkolwiek organizacji […]. Czyli trzeba przywrócić PZŁ rolę dobrowolnego stowarzyszenia, reprezentującego głównie interesy swoich członków.
Po drugie, należy jasno zdefiniować społeczny charakter łowiectwa, w którym podmiotem będzie koło łowieckie jako organizacja działająca non profit, także na podstawie Prawa o stowarzyszeniach. Przy czym jeśli gospodaruje się majątkiem Skarbu Państwa, to powinno się publicznie rozliczyć z efektów tej działalności. Zastosowanie znajdą tu mechanizmy analogiczne jak w przypadku organizacji pożytku publicznego.
Po trzecie, należy sprawiedliwie uregulować problematykę związaną z odszkodowaniami łowieckimi […]. ...Skarb Państwa, który powinien ponosić także część kosztów powodowanych przez zwierzęta stanowiące jego własność”.


Co prawda, za wiele nowego pan Szczepański nie wymyślił, ale trudno nie zauważyć, że jego propozycja – jak by nie patrzył – jest swego rodzaju trzecią możliwością, mieszczącą się pomiędzy status quo a tym, za czym w istocie rzeczy opowiadają się przeciwnicy obecnego modelu łowiectwa w Polsce.

Witold Daniłowicz, co prawda mógł pominąć milczeniem (chociażby ze względu na agresywny język) polemikę z jego tekstem w wykonaniu swojego adwersarza, ale ze względu na wagę dyskutowanej materii napisał:

W odpowiedzi Januszowi Szczepańskiemu.

Oczywiście cały artykuł, który ukazał się również w Braci Łowieckiej, zasługuje na dużą uwagę, ale może akurat ten fragment wyeksponuję:

Większość dzisiejszych kół łowieckich ma mało wspólnego ze »społecznym charakterem«”. W  przypadku niektórych zapewne tak było na samym początku, kilkadziesiąt lat temu, gdy zakładali je znajomi mieszkający w jednej okolicy czy pracujący razem. Uchwalali swój statut i sami określali sobie zasady postępowania. Dwa pokolenia i kilka zmian ustawowych później sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Koła są niesamodzielne i  zbiurokratyzowane. Ich członkowie mają ze sobą niewiele wspólnego, a często nawet się nie znają. Wystarczy poczytać prasę łowiecką, by zobaczyć, ile się zdarza w nich afer, skandali i nadużyć, o oskarżeniach o kłusownictwo nie wspominając. Doniesienia na kolegów do organów ścigania są na porządku dziennym, podobnie jak procesy sądowe, w  których stronami są członek i koło. To ma być ten idealizowany »społeczny model«, wzór do naśladowania? W żadnym znanym mi kraju nie zetknąłem się z taką sytuacją!

W proponowanym przeze mnie modelu obwody są mniejsze, co powoduje, że niższy staje się koszt dzierżawy. Dzierżawcy nie muszą się więc łączyć w  kilkudziesięcioosobowe grupy. Wystarczy kilku znajomych, którzy chcą razem polować. A nawet jeden myśliwy – dlaczego nie? Ponadto nie ma żadnego powodu, by obecnie istniejące i dobrze działające koło nie mogło nadal funkcjonować w  nowym modelu i  dzierżawić obwodu. Ważne, aby związek należących do niego myśliwych był naprawdę dobrowolny i sami mogli oni ułożyć swoje stosunki. A jeżeli już dojdzie do sporu, to pójdą do sądu i nie będzie im się wtrącać żaden pseudodemokratyczny organ związkowy, podatny na najrozmaitsze wpływy”.


środa, 30 czerwca 2021

Tablica pamiątkowa w "siedzibie poznańskich myśliwych"

 Za informacją płynącą z Nowego Światu 35, o treści tablicy pamiątkowej w „siedzibie poznańskich myśliwych":

W 100. rocznicę
inauguracyjnego Walnego Zgromadzenia
pierwszej ogólnokrajowej organizacji łowieckiej
w niepodległej Polsce
POLSKIEGO ZWIĄZKU MYŚLIWYCH
z szacunkiem dla jego twórcy
WŁADYSLAWA JANTA–POŁCZYŃSKIEGO
poznańscy myśliwi
25–06–1921 *&*&*&* 25–06–1921


Czyżby „poznańscy myśliwi” coś przegapili i teraz postarali się nadrobić utracony czas? Rozumiem zamiłowanie większości działaczy PZŁ do okrągłych jubileuszy, zwłaszcza jubileuszy ze stówką w „–leciu”, ale w tym przypadku ktoś również przynajmniej z lekka przesadził. Odnoszę wrażenie, że pomysłodawcy inicjatywy ufundowania i odsłonięcia pamiątkowej tablicy, ku pamięci „inauguracyjnego Walnego Zgromadzenia” Polskiego Związku Myśliwych, mocno przeholowali.

Nieśmiało chciałbym zauważyć, że bardzo wątpliwe jest, aby POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH można było uznać za „pierwszą ogólnokrajową organizację łowiecką w niepodległej Polsce”. Baaardzo wątpliwe. Powiem więcej – nic na to nie wskazuje, bowiem wypada odróżnić ambicje łowieckich działaczy ówczesnej Wielkopolski od rzeczywistości.

W tuż powojennej Polsce dość wcześnie i oficjalnie dały znać o sobie różne mniejsze i większe ośrodki zorganizowanej działalności społecznej na niwie łowieckiej. Największe echo po dziś dzień niosą poczynania trzech organizacji: MAŁOPOLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO (wcześniej było to Galicyjskie Towarzystwo Łowieckie), z siedzibą we Lwowie, POLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO (zastąpiło ono Cesarskie Towarzystwo Łowieckie), z siedzibą w Warszawie i właśnie POLSKIEGO ZWIĄZKU MYŚLIWYCH, który powstał w Poznaniu. Która z tych organizacji powstała naprawdę pierwsza i która z dat z nimi związanych ma tu mieć decydujące znaczenie – nie wiem. Żadna jednak z tych organizacji łowieckich nie miała charakteru ogólnokrajowego, a jedynie dążyła do utworzenia ogólnokrajowych struktur. Jak się wydaje, największe ambicje na tym polu leżały po stronie działaczy wielkopolskich, ale źle ukierunkowane aspiracje kilku liderów, w zasadzie zgubiły ich – nowo utworzona, wiosną 1923 r., rzeczywiście ogólnokrajowa organizacja, o nazwie CENTRALNY ZWIĄZEK POLSKICH STOWARZYSZEŃ ŁOWIECKICH z siedzibą w Warszawie, powstała bez ich udziału!!! Wielkopolanie dołączyli do niej dopiero w kilka miesięcy później, a w następnym roku... rozwiązali swój POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH, po czym utworzyli WIELKOPOLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH. Wróćmy jednak do punktu wyjścia...

Walne zgromadzenie walnym zgromadzeniem, nawet inauguracyjne, ale POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH w Poznaniu powstał nie w 1921 r., a de facto już w 1920 r. „ Władysław Janta–Połczyński z poznańskimi działaczami: hr. Zygmuntem Kurnatowskim, Zygmuntem Chłapowskim, Adamem Gottwaldem, gen. Antonim Unrugiem, wspierani przez wojewodę poznańskiego Witolda Celichowskiego 16 grudnia 1920 roku powołali do życia Polski Związek Myśliwych w Poznaniu (PZM)”. We Lwowie, zmiana nazwy – z Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego na MAŁOPOLSKIE TOWARZYSTWO ŁOWIECKIE również nastąpiła najpóźniej w 1920 r. W Warszawie, jeśli chodzi o powstanie POLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO, podobna sytuacja.

Warto wspomnieć przy tej okazji, że pierwszym, który publicznie wysunął propozycję utworzenia jednolitej, wspólnej organizacji łowieckiej o zasięgu ogólnokrajowych, był prof. Janusz Domaniewski. Miało to miejsce dnia 11 czerwca 1921 r. we Lwowie, na XX Zjeździe MAŁOPOLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO, a profesor wystąpił na nim jako delegat... POLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO z Warszawy. Zaproponował utworzenie: „wszechpolskiego Związku Towarzystw Łowieckich, do którego by weszły wszystkie w państwie istniejące Towarzystwa Łowieckie i myśliwskie, celem wspólnej obrony interesów łowiectwa…”. W tym czasie POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH w Poznaniu kisił się we własnym sosie – szedł swoją drogą; drogą w walce o prymat w tworzeniu ogólnopolskiej organizacji łowieckiej; drogą wytyczoną przez Władysława Janta-Połczyńskiego, który jak mógł starał się dobrze wypełniać oczekiwania... Nie, nie wielkopolskich myśliwych, a... pierwszego wojewody poznańskiego II Rzeczypospolitej – Witolda Celichowskiego. Z autobiografii potomka „starej pomorskiej rodziny Jantów”:

„W końcu 1920 r. wezwany zostałem przez ówczesnego Wojewodę Dr. Celichowskiego do zorganizowania na całą Polskę „Polskiego Związku Myśliwych”. Ułożone ustawy przedłożyłem 14 grud. 20. r., zwołanym i w tym celu na Województwie zebranym, kilkudziesięciu mentorom łowiectwa, którzy je zatwierdzili i mnie jednogłośnie W. Łowczym (tytuł kierownika P.Z.M.) wybrali. Czynność moją rozpocząłem wydawaniem i redagowaniem Łowca Wielkopolskiego z zamienionym nagłówkiem na „Łowiectwo Polskie” z werbowaniem kilkuset członków i założeniem wielu towarzystw po całej Rzeczypospolitej. W chwili przeniesienia „Związku” do Warszawy, tj. dwa lata później, należało do stowarzyszenia 46 towarzystw. Dzisiaj nosi on zmienioną nazwę Pol. Związek Stowarzyszeń Łowieckich”.

„W chwili przeniesienia „Związku” do Warszawy”
 – oj, chyba nie do końca zgodnie z prawdą Władysław Janta–Połczyński rzecz opisał :-). No, cóż. Czasem trudno pisze się szczerze o swojej porażce.


Łowczemu okręgowemu w Poznaniu – panu Mikołajowi Jakubowskiemu, a także innym działaczom pezetełowskim przy tym zarządzie okręgowym, powiem tak:

Szukanie na siłę ogniw, łączących przedwojenne organizacje łowieckie z utworzonym z mocy dekretu Bieruta zrzeszeniem POLSKI ZWIĄZEK ŁOWIECKI, przynajmniej w moich oczach nie stawia w dobrym świetle tych osób, które skrywają się za określeniem: „poznańscy myśliwi”. Prawdziwi poznańscy myśliwi, a jest ich cała rzesza, potrafią zgodnie z rzeczywistością ocenić to wszystko, co wydarzyło się na niwie organizacji łowiectwa w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości. Doskonale też zdają sobie z tego sprawę, że przedwojenny model łowiectwa a ten bierutowy, to całkiem inne dwa światy, a więc zupełnie do siebie nie podobne.