niedziela, 8 lutego 2026
niedziela, 20 lipca 2025
poniedziałek, 17 marca 2025
JEŚLI WCIĄŻ NIE MA WOLI POLITYCZNEJ DO CAŁKOWITEJ ZMIANY MODELU ŁOWIECTWA W POLSCE...
W mojej opinii, projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo łowieckie, druk sejmowy nr 828, z kilku względów zasługuje na odrzucenie. Niezależnie od tego sądzę, że poniekąd dobrze stało się, że taki projekt wpłynął do Sejmu. Ci, którzy do tej pory tego nie dostrzegali, teraz mają wyjątkową okazję przekonać się, czemu tak naprawdę miało służyć i służy nadal, lansowanie się Eugeniusza Grzeszczaka, który z końcem stycznia 2024 r. został powołany przez ministra klimatu i środowiska do pełnienia funkcji łowczego krajowego. Wcześniej dał się poznać jako polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego, senator trzech kadencji, a także poseł dwóch. Był nawet wicemarszałkiem Sejmu VII kadencji. Jego od ponad roku trudno wytłumaczalne, wręcz niesamowite parcie na szkło; wygłaszanie pompatycznych przemówień, w tym także przy cichych dźwiękach muzyki Chopina i na tle flagi państwowej, „do narodu”; nakazanie zagrania sobie Marsza Generalskiego na rozpoczęcie oficjalnych Zawodów Sikawek Konnych w Racocie; wynoszenie w social mediach pod niebiosa swoich spotkań na Nowym Świecie 35 z politykami (prawie wyłącznie) Polskiego Stronnictwa Ludowego; wielomiesięczne, publiczne, kłamliwe nadawanie najwyższej rangi STRATEGII zrównoważonego łowiectwa w Polsce (to taka kolorowa książeczka, wydana przy jego udziale... „na chwałę Polskiego Łowiectwa!”), w sytuacji, kiedy STRATEGIA ta wciąż nie znajduje się w obszarze obowiązujących aktów normatywnych PZŁ, utajnienie dokumentu PZŁ w sprawie struktury organizacyjnej biura Zarządu Głównego – to wszystko, w mojej przynajmniej opinii, zdaje się świadczyć nie tylko o jego wybujałym ego, ale także o przecieraniu szlaku do jego nowej władzy w Polskim Związku Łowieckim. Do władzy większej, niż posiada teraz; nawet do jeszcze większej, niż miał ją w latach 1997 – 2018 nieodżałowany dla niektórych Lech Bloch, były współpracownik peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa o kryptonimie: „Kazimierz”. Przedmiotowy projekt ustawy jest nie tyle próbą powrotu do okresu Blocholandii (ale tym razem z Eugeniuszem Grzeszczakiem w roli głównej), ile zamiarem stworzenia swego rodzaju imperium łowieckiego, o jakim nawet nie śniło się Lechowi Blochowi. On, Eugeniusz Grzeszczak, pokaże wszystkim, jak takie imperium wyglądać może. Z jego niczym nieograniczoną władzą, z praktycznie niemożliwością odwołania go w długim wymiarze czasowym.
Jeśli wciąż nie ma woli politycznej do całkowitej zmiany modelu łowiectwa w Polsce, poprzez odstąpienie od monopolu Polskiego Związku Łowieckiego na dopuszczanie do wykonywania polowania na terytorium kraju; jeśli wciąż nie ma woli politycznej do zastąpienia modelu, wprowadzonego w życie dekretem Bieruta i Cyrankiewicza w 1952 r., modelem opartym na wysokim standardzie ochrony praw własności właścicieli nieruchomości gruntowych, z czym mamy do czynienia chyba we wszystkich krajach Europy Zachodniej, poza Polską, to warto zastanowić chociaż nad niektórymi zapisami przedmiotowego projektu ustawy. I tak...
Czy aby na pewno dobrym pomysłem jest, aby łowczego krajowego powoływał i odwoływał Krajowy Zjazd Delegatów? Nigdy w przeszłości nie obowiązywała taka regulacja – ani po 1989 r., ani wcześniej, w okresie PRL-u. Bez względu na to, gdyby Sejm uchwalił ustawę według peeselowskiego projektu, to do czasu zwołania Krajowego Zjazdu Delegatów, a mogłoby to trwać nawet półtora roku od dnia wejścia w życie ustawy (być może nawet dłużej), obecny łowczy krajowy byłby... nieusuwalny. Czy o to chodzi autorom projektu czy tylko Eugeniuszowi Grzeszczakowi? A i później, kiedy nowy/stary łowczy krajowy zostałby już powołany, to w jakiej procedurze można byłoby go odwołać w czasie trwania 5-letniej kadencji? Przecież ta procedura dzisiaj kompletnie nie jest jeszcze znana (pojawić by się miała ewentualnie dopiero w nowym statucie), a w sytuacji, kiedy statut PZŁ nie byłby kontrolowany przez żaden podmiot zewnętrzny, można by do niego wcisnąć dowolną bzdurę. W jakim kierunku zmierza Eugeniusz Grzeszczak, ze swoimi kolegami z Polskiego Stronnictwa Ludowego? Czy aby na pewno nie ku dyktaturze w PZŁ, jakiej nie było nawet za czasów Lecha Blocha?
Wszystkim fanom bierutowego modelu łowiectwa w Polsce stawiam również i to pod rozwagę, czy aby na pewno dobrym pomysłem jest, aby likwidować ograniczenie piastowania funkcji w organach PZŁ, do maksymalnie tylko dwóch rozpoczętych kadencji. Czyżby już dzisiaj niektórzy przebierali nóżkami, ciesząc się z perspektywy powrotu do regulacji sprzed 2018 r., kiedy to członkiem Naczelnej Rady Łowieckiej, Zarządu Głównego, w tym łowczym krajowym czy prezesem NRŁ, a nawet członkiem chociażby tylko okręgowej rady łowieckiej, można było być przez lat dwadzieścia pięć i więcej?
Kolejna sprawa – tryb uchwalania i wprowadzania w życie statutu Polskiego Związku Łowieckiego, a także jego nowelizacji. Do końca 1996 r., czyli przez lat czterdzieści cztery od powstania zrzeszenia PZŁ, a więc nawet po uchwaleniu przez Sejm ustawy z 13 października 1995 r. – Prawo łowieckie, każdorazowo obowiązywał statut nadawany mocą rozporządzenia wydanego przez właściwego ministra. Sytuacja zmieniła się w marcu 1997 r., kiedy to weszła w życie ustawa z dnia 10 stycznia 1997 r. o zmianie ustawy – Prawo łowieckie. Od tego mniej więcej czasu, przez okres dwudziestu lat, statut uchwalany był przez Krajowy Zjazd Delegatów PZŁ i nie podlegał jakiejkolwiek kontroli przez czynniki zewnętrzne. Prawie równolegle z nastaniem tej regulacji, a dokładnie dnia 29 kwietnia 1997 r., w Polskim Związku Łowieckim doszło do istnego przewrotu, powiedziałbym: przewrotu kwietniowego, bo tylko tak wypada określić to, co wydarzyło się podczas plenarnego posiedzenia Naczelnej Rady Łowieckiej, kiedy to do władzy w Polskim Związku Łowieckim doszedł Lech Bloch. W okresie od dnia 17 lutego 1997 r., kiedy to utracił moc prawną nadany przez ministra w 1986 r. statut PZŁ, do dnia 28 czerwca 1997 r., a więc do dnia uchwalenia nowego statutu przez KZD PZŁ, Naczelna Rada Łowiecka mogła sobie co najwyżej administrować, a nie dokonywać gruntownych, osobowych zmian w Zarządzie Głównym. Brakowało jej podstawy prawnej do tego rodzaju działania. Lecha Blocha wybrano wówczas na przewodniczącego Zarządu Głównego PZŁ, czyli na łowczego krajowego, z karygodnym naruszeniem przepisów prawa. Utrzymał się on przy władzy przez lat aż dwadzieścia jeden. Kres jego rządom przyniosła dopiero ustawa z dnia 22 marca 2018 r. o zmianie ustawy – Prawo łowieckie oraz niektórych innych ustaw, w szczególności wprowadzony jej mocą wymóg przeprowadzenia dezubekizacji w organach PZŁ. Były tajny współpracownik peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa musiał ustąpić z zajmowanego przez ponad dwie dekady stanowiska. Statut PZŁ, co prawda nadal uchwalany przez Krajowy Zjazd Delegatów, podlegał od 2018 r. dodatkowo już zatwierdzaniu przez ministra właściwego do spraw środowiska. Autorzy projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo łowieckie, druk nr 828, nieskrępowanie dążą do przywrócenia sytuacji, jaka miała miejsce w latach panowania Lecha Blocha.
Idąc dalej w analizie zapisów tego projektu...
Politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego, aby uspokoić nieco wciąż powracające publiczne dyskusje o konieczności zmiany granic okręgów Polskiego Związku Łowieckiego, w kontekście przystosowania ich do podziału administracyjnego kraju, proponują przypudrować problem, poprzez jedynie dostosowanie granic okręgów do granic województw. Zaskutkowałoby to być może zmniejszeniem liczby okręgów, ale jedynie... o kilka. Zmiana z 49. – powiedzmy – na 43, byłaby zmianą zaledwie kosmetyczną. Województw mamy 16 i tego wypadałoby się trzymać.
1) łowczy krajowy będzie powoływany przez zazwyczaj łatwy do zmanipulowania Krajowy Zjazd Delegatów, bez możliwości nawet zaskarżenia tak podjętej uchwały do wojewódzkiego sądu administracyjnego;
2) w okresie przejściowym do dnia obrad Krajowego Zjazdu Delegatów, czyli przez okres nawet półtora roku, a może i znacznie dłużej, on, Eugeniusz Grzeszczak, będzie całkowicie nieusuwalny z funkcji łowczego krajowego;
3) wykreślona zostanie zasada, na mocy której członkiem organów PZŁ można być nie dłużej niż przez dwie rozpoczęte kadencje;
4) statut Polskiego Związku Łowieckiego, uchwalany przez Krajowy Zjazd Delegatów, będzie pozbawiony jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej; i to zarówno tej ministerialnej, jak i sądowej;
5) nadzór państwa nad działalnością Polskiego Związku Łowieckiego znowu będzie tylko iluzoryczny, jak to już było za czasów Lecha Blocha.
Komu by taka zasada przeszkadzała, poza oczywiście Eugeniuszem Grzeszczakiem i jego klakierami? Jeśli chodzi o techniczną stronę przeprowadzenia takich wyborów, można by je zorganizować poprzez firmę zewnętrzną w stosunku do Polskiego Związku Łowieckiego, pod nadzorem ministra; przykładowo za pośrednictwem zabezpieczonych SMS-ów, jak to miało miejsce w ubiegłorocznych prawyborach w jednym z dwóch największych polskich ugrupowań politycznych.
O co w tym chodzi? Mecenas Krzysztof Grochalski wyjaśnia na Łowieckim
O co w tym chodzi? Mecenas Krzysztof Grochalski wyjaśnia na Łowieckim
"Ostatnie tygodnie ujawniają spór jaki jawnie toczy się w najwyższych władzach Związku. Nie ma już bowiem żadnych wątpliwości, że prezes NRŁ Marcin Możdżonek jest skonfliktowany z Polskim Stronnictwem Ludowym aktualnie rządzącym PZŁ za pośrednictwem Eugeniusza Grzeszczaka. Dla Marcina Możdżonka stawką w tej grze jest co najmniej utrzymanie stanowiska prezesa NRŁ, z którego miałby dobrą pozycję startową jeśliby Łowczego Krajowego wybierano na Krajowym Zjeździe Delegatów. PSL na to stanowisko szykuje własnego nominata, zaś do czasu zmian ustawowych stanowisko to utrzymywać będzie, póki mu siły pozwolą, Eugeniusz Grzeszczak.
Marcin Możdżonek umyślił sobie, stąd też jego propozycje statutowe, że musi poprzez NRŁ mieć większy pakiet kontrolny nad Zarządem Głównym niż wynika to z obecnych zapisów Statutu. Jest bowiem oczywiste to, że o ile Eugeniusz Grzeszczak dopuszczał NRŁ do kontroli roku 2023 (bo wtedy Łowczym Krajowym był Paweł Lisiak) to kontrola za 2024 (czyli czas łowczowstwa Eugeniusza Grzeszczaka) już niekoniecznie mu w smak. Zwłaszcza przy obecnym konflikcie z Marcinem Możdżonkiem. Tylko co wnikliwsi dostrzegli, że choć publiczna dyskusja toczy się o kworum i wykluczaniu z kół łowieckich, to w rzeczywistości ważne dla Marcina Możdżonka zmiany są zupełnie gdzie indziej, a sprowadzają się do zapewnienia NRŁ formalnej autonomii w ramach Związku i praktycznej niezależności finansowej i organizacyjnej od Zarządu Głównego. Z tych samym przyczyn Marcin Możdżonek nie chce w Związku organów rewizyjnych (co natychmiast wytknął mu Paweł Gdula), gdyż nad tymi mógłby nie mieć kontroli takiej jak ma obecnie w NRŁ mając wciąż jako-taką większość.
Z perspektywy czasu widać, że Eugeniusz Grzeszczak sabotował zmiany statutowe od kiedy przybrały one realny kształt i sprzeciwiał się organizacji Krajowego Zjazdu Delegatów. Jego Strategia (pomijając jej miałkość) już przebrzmiała i po serii spotkań z łowczymi okręgowymi nikt już w praktyce o niej nie dyskutuje. Bo też i nie ma specjalnie o czym. Leitmotivem życia związkowego stała się zmiana Statutu, przy czym – raz jeszcze powtórzę – chodzi tu nie tylko o zmiany jako takie ale także platformę na jakiej Marcin Możdżonek chciałby wzmocnić swoją pozycję, która obecnie wydaje się najsłabsza od kiedy objął swoją funkcję. Zdecydował się na ryzykowny ruch – zwołanie Krajowego Zjazdu Delegatów. Potrzebny był przedmiot tego Zjazdu, czyli coś co ci wszyscy delegaci mają mieć do roboty i czym Marcin Możdżonek mógłby sterować. Wymyślono zmiany w Statucie, bo zdaje się opracowanie nowego statutu PZŁ przerosło możliwości komisji statutowej i prawnej pod wspólnym przewodnictwem adwokata Tomasza Nowaka i czujnym nadzorem Rafała Ciszewskiego".
Reszta w linku.
poniedziałek, 13 czerwca 2022
wtorek, 8 lutego 2022
czwartek, 20 stycznia 2022
niedziela, 12 grudnia 2021
poniedziałek, 25 października 2021
„...uważam, że PZŁ musi zostać zlikwidowany...”
Osobiście uważam, że PZŁ musi zostać zlikwidowany, ale nie dlatego, że jakaś państwowa agencja będzie od niego lepsza, tylko dlatego, że łowiectwo jest działalnością lokalną, w gminie, może w powiecie, do której nie powinna się wtrącać jakakolwiek centrala.
Piotrze Gawlicki, podzielam Twój pogląd co do wniosku czy sugestii („...uważam, że PZŁ musi zostać zlikwidowany...”), ale nie w kwestii uzasadnienia tegoż. A więc, owszem – uważam, że Polski Związek Łowiecki powinien zostać zlikwidowany, jednak głównie z takich oto powodów:
1) Jest monopolistycznym zrzeszeniem, w którym członkostwo dla chcących polować jest w zasadzie obowiązkowe, a więc nie za bardzo z tych dwóch powodów przystaje do realiów demokratycznego państwa prawnego.
2) Jako organizacja zrzeszająca wszystkich myśliwych, polujących w Polsce, generuje wielomilionowe koszty, w zasadzie nic nie dając w zamian masie składkowej. Przez całe dziesięciolecia był rezerwuarem synekur, zarządzanym przez wierchuszkę PZŁ; teraz jest również tym rezerwuarem, tyle że będącym pod kontrolą sił zewnętrznych.
3) PZŁ skrojony jest pozornie na twór demokratyczny, w istocie rzeczy w żadnej mierze nim nie jest.
4) Powstał mocą dekretu Bieruta, a jego pierwszymi liderami byli pachołkowie Moskwy w mundurach oficerów tzw. Ludowego Wojska Polskiego.
5) Czołowym jego postaciom na początku Dekady Gierka udało się kłamliwie wmówić masie składkowej i światu (i nadal się to wmawia), jakoby Polski Związek Łowiecki, jakim znamy go dzisiaj, powstał w okresie międzywojennym, a dokładnie to nawet niby w roku 1923. Śmiało można to zaliczyć do 7 największych oszustw i fałszerstw w historii ludzkości.
6) PZŁ nie wykonuje szeregu obowiązków, nałożonych na niego ustawą, a inne wykonuje nieodpowiednio.
7) Polski Związek Łowiecki od lat generuje niezwykle patologiczne zachowania jego liderów, ich pomocników i klakierów.
czwartek, 21 października 2021
poniedziałek, 20 września 2021
Jak można by poprawić organizację PZŁ
Wisi mi przyszłość Polskiego Związku Łowieckiego. Może przestać istnieć chociażby jutro, ale jeśliby nadal miał być on monopolistą w dopuszczaniu do wykonywania polowania, podpowiem coś ekipie rządowej. Wariant z Zarządem Głównym w roli głównej, z jednej strony – niby nadzorowanym przez Naczelną Radę Łowiecką i z uposażeniem łowczego krajowego przez nią ustalanym, w dodatku wypłacanym z kasy PZŁ, ale z drugiej – ze składem osobowym całkowicie zależnym wyłącznie od ministra, to się nie sprawdza. Wojenkom nie ma i nie będzie końca. Na jakąś zmianę trzeba się zdecydować. Można zlikwidować Krajowy Zjazd Delegatów (należało tak uczynić już 30 lat temu) i Naczelną Radę Łowiecką (tu bym się głęboko zastanowił), ale wówczas PZŁ stanie się już jawną agendą rządową, co w dłuższej perspektywie nie może wróżyć nic dobrego państwu PiS. Może się bowiem tak wydarzyć, że myśliwi w końcu przemówią jednym głosem, a to już niekoniecznie przypadłoby do gustu Naczelnikowi Państwa. Otwarcie jeszcze jednego frontu nie przysporzyłoby PiSowi nowych sympatyków. Wręcz przeciwnie. Wielu mogłoby się od nich odwrócić. Zatem, w przypadku ciągłego braku woli politycznej do opracowania i przeprowadzenia gruntownej reformy polskiego łowiectwa, być może należałoby:
1) zlikwidować Krajowy Zjazd Delegatów (to wyłącznie okresowo dość kosztowna atrapa władzy) i okręgowe zjazdy delegatów (podobnie),
2) dostosować organy terenowe PZŁ do podziału administracyjnego kraju, czyli ograniczyć liczbę okręgów do 16,
3) wzmocnić pozycję Naczelnej Rady Łowieckiej wobec Zarządu Głównego, ale jednocześnie ograniczając jej skład osobowy do 16 osób,
4) przywrócić okręgowe rady łowieckie, z liczbą członków pokrywającą się z liczbą powiatów i miast na prawach powiatu.
I co dalej?
5) NRŁ powoływałaby i odwoływałaby łowczego krajowego oraz pozostałych członków Zarządu Głównego,
6) okręgowe rady łowieckie powoływałyby i odwoływałyby łowczych okręgowych,
7) członków Naczelnej Rady Łowieckiej i okręgowych rad łowieckich wybieraliby, bez żadnego pośrednictwa, szarzy członkowie PZŁ, poprzez udział w demokratycznych, okręgowych wyborach. Niewykluczone, że poprzez internet.
No i rzecz równie ważna:
8) statut PZŁ nadawany w drodze rozporządzenia przez ministra właściwego do spraw środowiska.
Statut PZŁ uchwalany przez PZŁ, i byle jak zatwierdzany przez ministra czy w miarę normalnie przez sąd rejestrowy, ma (miałby) tyle wad, że głowa mała i długo by o tym pisać. Natomiast statut nadawany na drodze rozporządzenia ministra musiałby przejść cały proces legislacyjny, co mogłoby zaowocować całkiem poprawnymi regulacjami, a ponadto znacznie sprawniej niż dzisiaj, czy w przypadku statutu zatwierdzanego przez sąd rejestrowy, można by go nowelizować.
poniedziałek, 26 lipca 2021
Witold Daniłowicz w odpowiedzi swoim oponentom
Obrońcy modelA nie potrafią obojętnie przechodzić obok poglądów Witolda Daniłowicza. I słusznie :-). Ledwie w kwietniowym numerze Braci Łowieckiej ukazał się jego autorstwa tekst: „Pomagać kołom czy reformować łowiectwo?”, a już majowym numerze Łowca Polskiego, wierchuszka PZŁ, podpisując się: Roman Kowalczyk (równie dobrze mogła podpisać tekst: Jan Kowalski), nie kryjąc swojego oburzenia, ostro skrytykowała tezy zawarte w artykule. Użyła jednak starych, wyświechtanych argumentów, powtarzanych od przynajmniej dwóch dziesięcioleci. Charakterystyczne brzmienie propagandowej tuby PZŁ z czasów Lecha Blocha oraz Andrzeja i Pawła Gdulów, odczuwalne na kilometr. Trochę i my tu, na Łowieckim, podyskutowaliśmy dwa miesiące temu na ten temat. W czerwcowym numerze Braci Łowieckiej ukazał się z kolei tekst Janusza Szczepańskiego, zatytułowany: „Handel prawem do zabijania zwierząt”, nawiązujący do artykułu Witolda Daniłowicza. No i sobie pan Szczepański pokrytykował tezy pana Daniłowicza. Ba, gdyby ograniczył się tylko do takiej krytyki, przedstawiając lepsze jego zdaniem rozwiązania, byłoby pół biedy. On sobie jednak musiał poużywać także na krytyce samego autora, niejako wrzucając go do wspólnego worka – jak ich określił – „osób zainteresowanych posiadaniem prywatnych obwodów łowieckich”.
„Jak można sądzić po tekście »Pomagać kołom czy reformować łowiectwo?« Witolda Daniłowicza (BŁ 4/2021), ponownie mamy do czynienia ze wzrostem aktywności osób zainteresowanych posiadaniem prywatnych obwodów łowieckich. Sprzyjają temu obecny regres, zwłaszcza organizacyjny, łowiectwa w Polsce, a także pewne kłopoty związane z pandemią COVID-19. Nadarza się okazja, by załatwić swoje partykularne interesy. Propagatorzy wspomnianych idei to głównie osoby, które uwłaszczyły się na popegeerowskich gruntach i przyzwyczaiły się już do życia z ręką w cudzej kieszeni (symboliczne podatki, dopłaty, bezpłatny dostęp do opieki zdrowotnej, emerytury itp. - wszystkie te przywileje są finansowane z kieszeni innych podatników). Dlaczego by więc nie dołożyć jeszcze korzyści z eksploatacji zasobów zwierzyny? Według wspomnianych ludzi normalnością w polskim łowiectwie powinna być zasada, że prawo polowania należy do właściciela gruntu, czyli chcieliby tylnymi drzwiami i po cichu cofnąć pewne skutki reformy rolnej bez naruszania jej skutków zasadniczych.
[…]
Reasumując, kolejna grupa cwaniaków pod pretekstem nowelizacji Prawa łowieckiego chce się uwłaszczyć na majątku Skarbu Państwa i czerpać korzyści z eksploatacji tych zasobów”.
Jak łatwo zauważyć choćby na podstawie zacytowanego fragmentu, autor żywo przypomina czołowych propagatorów ery bluchowo–gdulowej, ale oto jajko–niespodzianka. Pan Janusz Szczepański bynajmniej nie okazuje się być klasycznym, zatwardziałym obrońcą modelA, bowiem zdaje sobie sprawę z jego licznych wad. Na swój sposób proponuje nawet rewolucję, tyle że w ograniczonych rozmiarach:
„Zmiany są nieodzowne, bo w przeciwnym razie czeka nas rozwiązanie, za którym opowiada się mec. Daniłowicz, czyli prywatyzacja łowiectwa łącznie z prywatyzacja lasów. Po pierwsze należy znieść obowiązek przynależności do jakiejkolwiek organizacji […]. Czyli trzeba przywrócić PZŁ rolę dobrowolnego stowarzyszenia, reprezentującego głównie interesy swoich członków.
Po drugie, należy jasno zdefiniować społeczny charakter łowiectwa, w którym podmiotem będzie koło łowieckie jako organizacja działająca non profit, także na podstawie Prawa o stowarzyszeniach. Przy czym jeśli gospodaruje się majątkiem Skarbu Państwa, to powinno się publicznie rozliczyć z efektów tej działalności. Zastosowanie znajdą tu mechanizmy analogiczne jak w przypadku organizacji pożytku publicznego.
Po trzecie, należy sprawiedliwie uregulować problematykę związaną z odszkodowaniami łowieckimi […]. ...Skarb Państwa, który powinien ponosić także część kosztów powodowanych przez zwierzęta stanowiące jego własność”.
Co prawda, za wiele nowego pan Szczepański nie wymyślił, ale trudno nie zauważyć, że jego propozycja – jak by nie patrzył – jest swego rodzaju trzecią możliwością, mieszczącą się pomiędzy status quo a tym, za czym w istocie rzeczy opowiadają się przeciwnicy obecnego modelu łowiectwa w Polsce.
Witold Daniłowicz, co prawda mógł pominąć milczeniem (chociażby ze względu na agresywny język) polemikę z jego tekstem w wykonaniu swojego adwersarza, ale ze względu na wagę dyskutowanej materii napisał:
W odpowiedzi Januszowi Szczepańskiemu.
Oczywiście cały artykuł, który ukazał się również w Braci Łowieckiej, zasługuje na dużą uwagę, ale może akurat ten fragment wyeksponuję:
„Większość dzisiejszych kół łowieckich ma mało wspólnego ze »społecznym charakterem«”. W przypadku niektórych zapewne tak było na samym początku, kilkadziesiąt lat temu, gdy zakładali je znajomi mieszkający w jednej okolicy czy pracujący razem. Uchwalali swój statut i sami określali sobie zasady postępowania. Dwa pokolenia i kilka zmian ustawowych później sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Koła są niesamodzielne i zbiurokratyzowane. Ich członkowie mają ze sobą niewiele wspólnego, a często nawet się nie znają. Wystarczy poczytać prasę łowiecką, by zobaczyć, ile się zdarza w nich afer, skandali i nadużyć, o oskarżeniach o kłusownictwo nie wspominając. Doniesienia na kolegów do organów ścigania są na porządku dziennym, podobnie jak procesy sądowe, w których stronami są członek i koło. To ma być ten idealizowany »społeczny model«, wzór do naśladowania? W żadnym znanym mi kraju nie zetknąłem się z taką sytuacją!
W proponowanym przeze mnie modelu obwody są mniejsze, co powoduje, że niższy staje się koszt dzierżawy. Dzierżawcy nie muszą się więc łączyć w kilkudziesięcioosobowe grupy. Wystarczy kilku znajomych, którzy chcą razem polować. A nawet jeden myśliwy – dlaczego nie? Ponadto nie ma żadnego powodu, by obecnie istniejące i dobrze działające koło nie mogło nadal funkcjonować w nowym modelu i dzierżawić obwodu. Ważne, aby związek należących do niego myśliwych był naprawdę dobrowolny i sami mogli oni ułożyć swoje stosunki. A jeżeli już dojdzie do sporu, to pójdą do sądu i nie będzie im się wtrącać żaden pseudodemokratyczny organ związkowy, podatny na najrozmaitsze wpływy”.
środa, 30 czerwca 2021
Tablica pamiątkowa w "siedzibie poznańskich myśliwych"
Za informacją płynącą z Nowego Światu 35, o treści tablicy pamiątkowej w „siedzibie poznańskich myśliwych":
W 100. rocznicę
inauguracyjnego Walnego Zgromadzenia
pierwszej ogólnokrajowej organizacji łowieckiej
w niepodległej Polsce
POLSKIEGO ZWIĄZKU MYŚLIWYCH
z szacunkiem dla jego twórcy
WŁADYSLAWA JANTA–POŁCZYŃSKIEGO
poznańscy myśliwi
25–06–1921 *&*&*&* 25–06–1921
Czyżby „poznańscy myśliwi” coś przegapili i teraz postarali się nadrobić utracony czas? Rozumiem zamiłowanie większości działaczy PZŁ do okrągłych jubileuszy, zwłaszcza jubileuszy ze stówką w „–leciu”, ale w tym przypadku ktoś również przynajmniej z lekka przesadził. Odnoszę wrażenie, że pomysłodawcy inicjatywy ufundowania i odsłonięcia pamiątkowej tablicy, ku pamięci „inauguracyjnego Walnego Zgromadzenia” Polskiego Związku Myśliwych, mocno przeholowali.
Nieśmiało chciałbym zauważyć, że bardzo wątpliwe jest, aby POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH można było uznać za „pierwszą ogólnokrajową organizację łowiecką w niepodległej Polsce”. Baaardzo wątpliwe. Powiem więcej – nic na to nie wskazuje, bowiem wypada odróżnić ambicje łowieckich działaczy ówczesnej Wielkopolski od rzeczywistości.
W tuż powojennej Polsce dość wcześnie i oficjalnie dały znać o sobie różne mniejsze i większe ośrodki zorganizowanej działalności społecznej na niwie łowieckiej. Największe echo po dziś dzień niosą poczynania trzech organizacji: MAŁOPOLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO (wcześniej było to Galicyjskie Towarzystwo Łowieckie), z siedzibą we Lwowie, POLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO (zastąpiło ono Cesarskie Towarzystwo Łowieckie), z siedzibą w Warszawie i właśnie POLSKIEGO ZWIĄZKU MYŚLIWYCH, który powstał w Poznaniu. Która z tych organizacji powstała naprawdę pierwsza i która z dat z nimi związanych ma tu mieć decydujące znaczenie – nie wiem. Żadna jednak z tych organizacji łowieckich nie miała charakteru ogólnokrajowego, a jedynie dążyła do utworzenia ogólnokrajowych struktur. Jak się wydaje, największe ambicje na tym polu leżały po stronie działaczy wielkopolskich, ale źle ukierunkowane aspiracje kilku liderów, w zasadzie zgubiły ich – nowo utworzona, wiosną 1923 r., rzeczywiście ogólnokrajowa organizacja, o nazwie CENTRALNY ZWIĄZEK POLSKICH STOWARZYSZEŃ ŁOWIECKICH z siedzibą w Warszawie, powstała bez ich udziału!!! Wielkopolanie dołączyli do niej dopiero w kilka miesięcy później, a w następnym roku... rozwiązali swój POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH, po czym utworzyli WIELKOPOLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH. Wróćmy jednak do punktu wyjścia...
Walne zgromadzenie walnym zgromadzeniem, nawet inauguracyjne, ale POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH w Poznaniu powstał nie w 1921 r., a de facto już w 1920 r. „ Władysław Janta–Połczyński z poznańskimi działaczami: hr. Zygmuntem Kurnatowskim, Zygmuntem Chłapowskim, Adamem Gottwaldem, gen. Antonim Unrugiem, wspierani przez wojewodę poznańskiego Witolda Celichowskiego 16 grudnia 1920 roku powołali do życia Polski Związek Myśliwych w Poznaniu (PZM)”. We Lwowie, zmiana nazwy – z Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego na MAŁOPOLSKIE TOWARZYSTWO ŁOWIECKIE również nastąpiła najpóźniej w 1920 r. W Warszawie, jeśli chodzi o powstanie POLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO, podobna sytuacja.
Warto wspomnieć przy tej okazji, że pierwszym, który publicznie wysunął propozycję utworzenia jednolitej, wspólnej organizacji łowieckiej o zasięgu ogólnokrajowych, był prof. Janusz Domaniewski. Miało to miejsce dnia 11 czerwca 1921 r. we Lwowie, na XX Zjeździe MAŁOPOLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO, a profesor wystąpił na nim jako delegat... POLSKIEGO TOWARZYSTWA ŁOWIECKIEGO z Warszawy. Zaproponował utworzenie: „wszechpolskiego Związku Towarzystw Łowieckich, do którego by weszły wszystkie w państwie istniejące Towarzystwa Łowieckie i myśliwskie, celem wspólnej obrony interesów łowiectwa…”. W tym czasie POLSKI ZWIĄZEK MYŚLIWYCH w Poznaniu kisił się we własnym sosie – szedł swoją drogą; drogą w walce o prymat w tworzeniu ogólnopolskiej organizacji łowieckiej; drogą wytyczoną przez Władysława Janta-Połczyńskiego, który jak mógł starał się dobrze wypełniać oczekiwania... Nie, nie wielkopolskich myśliwych, a... pierwszego wojewody poznańskiego II Rzeczypospolitej – Witolda Celichowskiego. Z autobiografii potomka „starej pomorskiej rodziny Jantów”:
„W końcu 1920 r. wezwany zostałem przez ówczesnego Wojewodę Dr. Celichowskiego do zorganizowania na całą Polskę „Polskiego Związku Myśliwych”. Ułożone ustawy przedłożyłem 14 grud. 20. r., zwołanym i w tym celu na Województwie zebranym, kilkudziesięciu mentorom łowiectwa, którzy je zatwierdzili i mnie jednogłośnie W. Łowczym (tytuł kierownika P.Z.M.) wybrali. Czynność moją rozpocząłem wydawaniem i redagowaniem Łowca Wielkopolskiego z zamienionym nagłówkiem na „Łowiectwo Polskie” z werbowaniem kilkuset członków i założeniem wielu towarzystw po całej Rzeczypospolitej. W chwili przeniesienia „Związku” do Warszawy, tj. dwa lata później, należało do stowarzyszenia 46 towarzystw. Dzisiaj nosi on zmienioną nazwę Pol. Związek Stowarzyszeń Łowieckich”.
„W chwili przeniesienia „Związku” do Warszawy” – oj, chyba nie do końca zgodnie z prawdą Władysław Janta–Połczyński rzecz opisał :-). No, cóż. Czasem trudno pisze się szczerze o swojej porażce.
Łowczemu okręgowemu w Poznaniu – panu Mikołajowi Jakubowskiemu, a także innym działaczom pezetełowskim przy tym zarządzie okręgowym, powiem tak:
Szukanie na siłę ogniw, łączących przedwojenne organizacje łowieckie z utworzonym z mocy dekretu Bieruta zrzeszeniem POLSKI ZWIĄZEK ŁOWIECKI, przynajmniej w moich oczach nie stawia w dobrym świetle tych osób, które skrywają się za określeniem: „poznańscy myśliwi”. Prawdziwi poznańscy myśliwi, a jest ich cała rzesza, potrafią zgodnie z rzeczywistością ocenić to wszystko, co wydarzyło się na niwie organizacji łowiectwa w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości. Doskonale też zdają sobie z tego sprawę, że przedwojenny model łowiectwa a ten bierutowy, to całkiem inne dwa światy, a więc zupełnie do siebie nie podobne.
wtorek, 29 czerwca 2021
piątek, 18 czerwca 2021
Dyscyplinarna odpowiedzialność członków PZŁ
Myśliwi ścigani dyscyplinarnie dłużej niż adwokaci czy policjanci
Pismo Rzecznika Praw Obywatelskich do Ministra Klimatu i Środowiska
Pismo podpisał Stanisław Trociuk – zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich, z prawie dwudziestoletnim stażem w piastowaniu tej funkcji. Wypada odnotować fakt wysłania przez niego korespondencji, ale czy odniesie ona jakikolwiek skutek... Czas okaże.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że temat – zresztą jak to widać tu i czuć :-) – jest mało chwytliwy. Zaryzykuję przy tym tezę, że prawie każdy członek PZŁ uważa, iż jego on absolutnie nie dotyczy. Pojawia się problem dopiero wówczas, kiedy jednak zaczyna dotyczyć. A o to wcale w pezetełowskich realiach nietrudno.
Rozdział 6a, zatytułowany „Odpowiedzialność dyscyplinarna”, wprowadzony został do ustawy Prawo łowieckie ustawą z dnia 12 grudnia 2013 r. o zmianie tej ustawy. Stało się tak wskutek wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 6 listopada 2012 r. (sygn. akt K 21/11). Wcześniej, całymi latami i w oderwaniu od elementarnych zasad demokratycznego państwa prawnego, Polski Związek Łowiecki prowadził postępowania dyscyplinarne całkowicie po swojemu, a przy tym wielokrotnie dopuszczał się wręcz chamskiego represjonowania osób niewygodnych dla siebie. Lista pokrzywdzonych myśliwych jest długa. Od ponad siedmiu lat mamy nieco inną sytuację, ale daleka jest ona od tej, jaką nakreślił w swoim uzasadnieniu do wyroku ówczesny Trybunał Konstytucyjny. Fragment ułomności zapisów rozdziału 6a ustawy Prawo łowieckie dostrzegł w końcu Rzecznik Praw Obywatelskich, ale ubolewać należy, że zauważył tak późno i tak mało. Niewiarygodne to, bowiem przedmiotowa wadliwość wielu zapisów rozdziału „Odpowiedzialność dyscyplinarna” widoczna jest niczym rzucające się w oczy wyborcze billboardy na pochyłych ze starości płotach wiejskich posesji. I długo by o tym pisać, ale znowu nie mam pewności, czy warto. Wskażę więc tylko kilka punktów problemu. Zacznę jednak od tego oto fragmentu pisma RPO:
„...okres ustawowego wyłączenia możliwości ścigania sprawcy zarówno na etapie wszczęcia postępowania, jak i jego trwania za przewinienie dyscyplinarne jest nieporównywalnie długi z innymi uregulowaniami prawnymi wobec innych grup zawodowych takich jak np. policjanci, adwokaci czy nauczyciele”.
Fajnie, że RPO podnosi, iż w tej materii środowisko myśliwych jest gorzej traktowane od wybranych grup zawodowych, ale nie to wydaje się w tym wszystkim być najważniejsze. Warto bowiem uświadomić sobie, że w odróżnieniu od policjantów, adwokatów i nauczycieli, członkowie Polskiego Związku Łowieckiego, wyłączając dosłownie garstkę z nich, nie stanowią razem żadnej, ale to absolutnie żadnej grupy zawodowej. Są – uwaga – amatorami, hobbystami w najczystszym tego wydaniu. Nie pobierając kompletnie żadnego wynagrodzenia za udział w prowadzeniu gospodarki łowieckiej, finansując swoją działalność na niwie łowieckiej z własnej kieszeni, dla ochrony środowiska zaniedbując nawet najbliższe rodziny, w żadnym wypadku nie powinni podlegać jakiejkolwiek odpowiedzialności dyscyplinarnej. Porządek, posłuszeństwo, posłuch, subordynacja – pojęcia towarzyszące dyscyplinie, charakterystyczne są dla służb mundurowych, organizacji militarnych i paramilitarnych, a także dla wielu grup zawodowych, ale nigdy w stosunku do hobbystów. Rozumiem od biedy jakąś tam odpowiedzialność koleżeńską, ale nigdy dyscyplinarną. „Oczywistą oczywistością” jest, że za naruszanie prawa podlega się odpowiedzialności sądowej, ale wyłącznie przed sądami powszechnymi. Obok nich, w Konstytucji RP przewiduje się jeszcze jedynie sądy administracyjne oraz sądy wojskowe. Nawet zdaniem nie wspomina się w niej o jakichś tam sądach łowieckich. I to jest rzeczywisty problem, a nie „okres ustawowego wyłączenia możliwości ścigania sprawcy” czy Kodeks postępowania karnego, mający zastosowanie w postępowaniach przed sądami łowieckimi, być może zamiast Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia. Niekonstytucyjność więc całego rozdziału 6a ustawy Prawo łowieckie aż bije po oczach. Rzecznik Praw Obywatelskich mógłby nad tym o wiele poważniejszym problemem w końcu pochylić się.
A co do odpowiedzialności dyscyplinarnej w ramach tych trzech grup zawodowych, które to grupy w swoim piśmie do ministra, w zamiarze porównawczym przywołał Rzecznik Praw Obywatelskich....
Nauczyciele, na podstawie ustawy Karta Nauczyciela, w ramach odpowiedzialności dyscyplinarnej stają przed komisjami dyscyplinarnymi. Policjanci, na podstawie ustawy o Policji, w ramach odpowiedzialności dyscyplinarnej stają przed przełożonymi dyscyplinarnymi.
DLA ŻADNEJ Z TYCH DWÓCH GRUP ZAWODOWYCH NIE UTWORZONO JEDNAK ODDZIELNYCH SĄDÓW, A WIĘC NIE MAJĄCYCH ODBICIA W ZAPISACH KONSTYTUCJI.
Trzecia z grup zawodowych, przywołanych przez Rzecznika Praw Obywatelskich – adwokaci. Na podstawie ustawy Prawo o adwokaturze, w ramach odpowiedzialności dyscyplinarnej stają oni przed sądami dyscyplinarnymi izb adwokackich.
WSZYSTKIE SPRAWY DOTYCZĄCE ODPOWIEDZIALNOŚCI DYSCYPLINARNEJ, ZARÓWNO ADWOKATÓW I POLICJANTÓW, JAK I NAUCZYCIELI, CAŁKOWICIE UREGULOWANE SĄ W USTAWACH.
Nie ma w ich przypadkach absolutnie żadnej mowy o doregulowaniach tych spraw w jakichś regulaminach typu:
Regulamin nauczycielskich komisji dyscyplinarnych,
Regulamin przełożonych dyscyplinarnych w Policji,
Regulamin sądów dyscyplinarnych izb adwokackich.
Już od najdawniejszych czasów komuszych Polski Związek Łowiecki niesamowicie rozkochany jest we wszelakich regulaminach, a że nowelizacja z dnia 12 grudnia 2013 r. ustawy Prawo łowieckie pisana była niewątpliwie pod dyktando Nowego Światu 35, „pozwolono” PeZeteŁowi ustawą na utworzenie regulaminu sądów łowieckich i rzeczników dyscyplinarnych, w którym to regulaminie tenże PeZeteŁ – a jakże – doregulował sobie wszystko bez praktycznie jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli, w dodatku – jak tylko chciał. Głowa pęka, gdy czyta się ten g#wniany regulamin, będący dość wierną kopią regulaminu z czasów blochowych.
Pytanie:
Czy Rzecznik Praw Obywatelskich miał ten regulamin choć raz przed oczyma? Polecam mu także choć krótkie spojrzenie na przykładowo te oto przemyślenia:
Normatywny potworek
Normatywny potworek z trochę bardziej ludzką twarzą
Aktualny regulamin
Art. 35C ustawy Prawo łowieckie
O sądownictwie łowieckim raz jeszcze
Na koniec pozwolę sobie zachęcić do przeczytania mojego tekstu z 29 września 2016 r., zatytułowanego Sądownictwo łowieckie:
Odnoszę wrażenie, że całe sądownictwo łowieckie to aktualnie przede wszystkim jedna wielka pomyłka… Trybunału Konstytucyjnego! Tak – Trybunału Konstytucyjnego, chociaż bardzo pomógł mu w tym swoją nieudolnością (zwłaszcza w sformułowaniu wniosku o zbadanie zgodności z Konstytucją kilku zapisów ustawy Prawo łowieckie) Rzecznik Praw Obywatelskich. Długo by pisać… Warto jednak? Oj, chyba nie. Znacznie szybciej można doczekać zmiany w ogóle całego modelu łowiectwa w Polsce. No ale może choć kilka zdań na temat tej – przynajmniej moim skromnym zdaniem – przedmiotowej pomyłki Trybunału z listopada 2012 r. (wyrok), a może przede wszystkim na temat pewnego zaniechania z jego strony, po wcześniejszym zaniechaniu autorstwa RPO.
Trybunał potrafił zauważyć, że w żadnym z państw, których rozwiązania prawne dotyczące łowiectwa były przedmiotem jego analiz (Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania…), nie nałożono na organizacje łowieckie obowiązku prowadzenia dyscyplinarnego sądownictwa łowieckiego. Podkreślam – w żadnym z tych państw. Prawdopodobnie też w żadnym innym kraju. Niemniej bezkrytycznie sformułował następującą tezę:
„Powierzenie PZŁ prowadzenia postępowania dyscyplinarnego opiera się na przyjętym przez ustawodawcę założeniu, że w Związku ma istnieć postępowanie dyscyplinarne. Nie ma więc wątpliwości, że decyzja ustawodawcy co do funkcjonowania instytucji postępowania dyscyplinarnego została podjęta i znalazła w sposób niebudzący wątpliwości wyraz w przywołanym wyżej przepisie (przyp.: „art. 34 pkt 6 prawa łowieckiego”), sformułowanym komunikatywnie i precyzyjnie”.
Czyli dla Trybunału wystarczyła sama świadomość „przyjęcia przez ustawodawcę założenia, że w Związku ma istnieć postępowanie dyscyplinarne”, a cała reszta stała się u niego już tylko konsekwencją tej świadomości. TK nie badał zgodności takiego założenia ustawodawcy, wyrażonego w art. 34 pkt 6, z Konstytucją RP, gdyż nie zabiegał o to wnioskodawca, czyli Rzecznik Praw Obywatelskich, i nie pomagali mu w tym ani Prokurator Generalny, ani Marszałek Sejmu. TK skupił się więc jedynie na „technicznej stronie” funkcjonowania postępowania dyscyplinarnego. Zgodnie z tym, o co w zasadzie dość nieudolnie wnosił RPO. Tak, nieudolnie…
„Ze względu jednak na mało przejrzysty sposób sformułowania wniosku, trudno jest zrekonstruować postawione przez wnioskodawcę zarzuty i przyporządkować im poszczególne wskazane we wniosku argumenty”.
Później Trybunał już tylko dorobił teorię do postawionej tezy – lekką ręką wrzucił zasadnicze elementy postępowań dyscyplinarnych w Polskim Związku Łowieckim do prawie pełnego już kociołka. Wymieszał je w nim z istotą postępowań dyscyplinarnych różnych grup zawodowych (kolejno – komorników, nauczycieli akademickich, sędziów sądów powszechnych, sędziów sądów wojskowych, funkcjonariuszy Policji, funkcjonariuszy Służby Więziennej, funkcjonariuszy Służby Granicznej, lekarzy). Nie mogę wyjść ze zdumienia – jak to możliwe, aby tak znamienici sędziowie, jak sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, nie byli w stanie zauważyć różnicy pomiędzy specyfiką społecznej działalności myśliwych (w dodatku … w znacznej mierze finansowanej przez nich samych), a zarobkową działalnością policjantów, sędziów czy lekarzy.
Powtórzę – Trybunał Konstytucyjny nie rozważał zgodności z Konstytucją istoty samego istnienia postępowania dyscyplinarnego w Polskim Związku Łowieckim, ba – funkcjonowania usankcjonowanego ustawą sądownictwa łowieckiego, bowiem… nikt do tej pory o to skutecznie nie zabiegał. A szkoda, bowiem niezgodność z Konstytucją całej ustawy z dnia 12 grudnia 2013 r. o zmianie ustawy Prawo łowieckie aż bije po oczach . Wystarczy przypomnieć sobie brzmienie art. 175 Konstytucji RP:
„1. Wymiar sprawiedliwości w Rzeczypospolitej Polskiej sprawują Sąd Najwyższy, sądy powszechne, sądy administracyjne oraz sądy wojskowe.
2. Sąd wyjątkowy lub tryb doraźny może być ustanowiony tylko na czas wojny”.
Nie ma tu mowy o sądach łowieckich!
Ale one jednak są; funkcjonują rzekomo w majestacie prawa. Jak w 1953 r., na mocy dekretu Bolesława Bieruta z 29 października 1952 r., wprowadzono je ministerialnym rozporządzeniem (nadającym statut PZŁ), tak mamy je po dzień dzisiejszy. Do 2014 r. – z naruszeniem elementarnych zasad demokratycznego państwa prawnego; od 2014 r. – mimo że to sądownictwo „wrzucono” do ustawy, z wielce prawdopodobnym naruszeniem przynajmniej kilku zapisów Konstytucji RP.
Sądy łowieckie, Główny Sąd Łowiecki, postępowania przed sądami łowieckimi, sędziowie łowieccy w togach, nieokreślenie pojęcia łowieckiego deliktu dyscyplinarnego, zawieszanie myśliwym przez sądy łowieckie możliwości korzystania przez nich z państwowych uprawnień do wykonywania polowania, straszenie świadków odpowiedzialnością karną (!!!) za „zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy”, nawet wielotysięczne koszty postępowań ponoszone przez ukaranych, aż w końcu możliwość stosowania do postępowań przed sądami łowieckimi Kodeksu postępowania karnego – to wszystko woła o pomstę do nieba, a przynajmniej zmusza do smutnej refleksji:
W jakim kraju żyjemy? Czy to aby na pewno nie Kuba albo Białoruś?
wtorek, 25 maja 2021
"Pomagać kołom czy reformować łowiectwo
Witold Daniłowicz:
Pomagać kołom czy reformować łowiectwo
Artykuł ukazał się w kwietniowym numerze Braci Łowieckiej. Autor poruszył w nim temat reformy modelu organizacyjnego polskiego łowiectwa. W majowym numerze Łowca Polskiego, wierchuszka PZŁ, podpisując tekst: Roman Kowalczyk (równie dobrze mogła podpisać: Jan Kowalski), nie kryjąc swojego oburzenia, ostro skrytykowała tezy zawarte w artykule. Użyła jednak starych, wyświechtanych argumentów, powtarzanych od przynajmniej dwóch dziesięcioleci. Charakterystyczne brzmienie propagandowej tuby PZŁ z czasów Lecha Blocha oraz Andrzeja i Pawła Gdulów, odczuwalne na kilometr. Warto zapoznać się najpierw z artykułem, by później okiem rzucić także na majową ripostę obrońców modelA. Zawsze warto wiedzieć, na jakim aktualnie poziomie nadają. W czerwcu ukaże się w prasie polemika pomiędzy autorem a przeciwnikami jego tez.





